wwb blog

Twój nowy blog

W ramach trzeciej weekendowej sesji w Muzeum Sztuki Nowoczesnej rozmawiano wczoraj o użyciu i nadużyciu w przestrzeni miejskiej. O swoich projektach realizowanych w Warszawie opowiedzieli przedstawiciele trzech londyńskich pracowni architektonicznych, polskiej pracowni WWAA oraz architektka Aleksandra Wasilkowska.

Pracownia Dallas Pierce Quintero wzięła na warsztat Pasaż Wiecha. Architekci zaproponowali ogród miejski w przenośnych torbach, które wczoraj wszyscy doglądający roślin przez 3 tygodnie mogli zabrać ze sobą. Londyńczycy opowiedzieli o narodzinach projektu, który miał swój brytyjski odpowiednik – w Wielkiej Brytanii również powstał miejski ogród z jadalnymi roślinami i również znalazły się głosy, że rośliny szybko zostaną zdewastowane. Warszawiacy nie zhańbili się jednak ponad miarę – było nieco butelek, śmieci i poprzycinany szczypiorek, ale przedstawicielom Dallas Pierce Quintero najbardziej zapadło w pamięć to, jak niektórzy byli pozytywnie zaskoczeni akcją, jak cieszył ich widok roślin i jak o nie dbali. W specjalnej skrzynce rad i pomysłów, która była wystawiona obok, znalazły się słowa uznania oraz propozycje – m.in. sugestia, by obsadzić rzeżuchą cały Pałac Kultury i Nauki.

Brytyjczycy z The Common Office zastanawiali się, jak reklama powinna współgrać z miastem, jak sprawić, by go nie przesłaniała. Zauważyli, że informacja i reklama istnieją w metropoliach od zawsze. – Dobrze zaprojektowana reklama może pozytywnie wpływać na miasto – mówili wczoraj podczas prezentowania swojego pomysłu zrealizowanego przy Rotundzie PKO BP. Architekci współpracowali z pracownikami banku i zaproponowali „lustrzaną” reklamę. Przekonywali, że reklama może znów służyć społeczeństwu zamiast przytłaczać. Nie bali się wyzwania, jakim była aranżacja w epicentrum stolicy angażująca rozpoznawalną markę.

Trzecia grupa zagranicznych gości zrzeszona w Office for Subversive Architecture zainteresowała się życiem, które tętni na Dworcu Centralnym. Pracownia jest znana z projektów, które wchodzą w dialog z widzem (architekci zostawiali już pary kaloszy w miejscach, gdzie można brodzić po wodzie lub ustawiali meble salonowe na trasie codziennych wędrówek mieszkańców). Idea projektu na Dworcu wzięła się z formy stosowanej przez Euronews – filmików, których autorzy wierzą w inteligencję odbiorców i przedstawiają wydarzenia bez komentarza. Londyńczycy pokazali na filmikach jak ich zdaniem wygląda Warszawa w budowie (na Wasze wizje stolicy w budowie, zwłaszcza w formie zdjęć, czekają pod adresem: london@osa-online.net).

Polskie kreatywne podejście do projektowania miasta najpierw przestawili Natalia i Marcin z WWAA. Ich aktualna instalacja na Krakowskim Przedmieściu pokazująca realizacje dofinansowywane ze środków unijnych to kolorowe pasy z PCV ułożone w formie wiechy. Można penetrować je, oglądając jednocześnie znajdującą się w środku wystawę (miejsce do siedzenia stało się punktem zebrań i dyskusji warszawiaków). Polacy opowiedzieli również o tworzonym przez siebie domu kultury w Dolince Służewieckiej, nawiązującym do dawnej siedliskowej zabudowy, czy o skwerze na skrzyżowaniu ul. Marszałkowskiej i Królewskiej, który miałby stanowić odpowiedź na potrzeby zwolenników wszelkich form aktywności.

O polskich rozwiązaniach opowiadała także Aleksandra Wasilkowska. Witrynę pracowni architektki tworzą dorodne chwasty – wysypana w oknie ziemię przywieziona z pola okazała się wyjątkowo płodna. Wzbudziło to zainteresowania a czasem i oburzenie mieszkańców okolicznych bloków, którzy zachodzili w głowę, jak może zarabiać na życie kobieta, która w witrynie sadzi chwasty. Architektka pracowała przy licznych projektach dla Warszawy – m.in. nad lokalnymi „dotleniaczami”, pełnymi stawów, gdzie rośliny i pagórki tłumiłyby hałas ulicy. W jej projektach pojawiają się generatory, które niczym zegary odmierzają czas i co godzinę rozpylają nastrojową mgłę czy obrotowe krzesła. Z kolei pomysł na Plac Konstytucji to miejski detoks o różnych mikroklimatach – góra w środku miasta, dzika, samowystarczalna przestrzeń, w której potrzebna ziemia i energia byłyby wykorzystane z budowanego metra. Wasilkowska opowiedziała o inspiracjach miejskimi legendami (m.in. tą o dwugłowym karpiu żyjącym w Wiśle), o londyńskich instalacjach ze skrzynek po butelkach, weneckim projekcie dziury teleportacyjnej czy o współpracy ze łódzkimi studentami. Kto nie był, niech żałuje.

Magdalena Szaciłło

Saskie wibracje

Brak komentarzy

O tym, że Saska Kępa wypełniona jest wibracją, wiedzą nie tylko słuchacze zespołu Vavamuffin. Gdyby jednak komuś zdarzyło się w to zwątpić, niech wpadnie na kawę do usytuowanej na ulicy Finlandzkiej kawiarenki Kępa Cafe. W siedzibie Fundacji Działań Kulturalnych i Społecznych młodzi aktywiści spotykają się z najstarszymi mieszkańcami dzielnicy, dzielą się wiadomościami o jej dawnym i obecnym funkcjonowaniu, wspólnie zastanawiają się, co można w okolicy stworzyć i ulepszyć.
Spotkanie o Placu Przymierza – rozmowa Katarzyny Kazimierzowskiej z Hanną Faryną-Paszkiewicz, historykiem sztuki, autorką spacerownika po Saskiej Kępie – wielokrotnie wypadało ze swoich formalnych torów i przeradzało się w żywiołową dyskusję. Zebrani goście przerzucali się wspomnieniami, związanymi z miejscem. Wspominano kino Sawa, wyburzone w 2001 roku, i lokale Cafe Sułtan i Bistro, realizujące funkcję, której nie udawało się pełnić Placowi Przymierza.
Potem, podzieleni na grupy, zabraliśmy się do pracy koordynowanej przez Dorotę Borowiecką ze Stowarzyszenia Saska. Na przezroczystych mapach dzielnicy zaznaczaliśmy ważne dla siebie miejsca, zastanawialiśmy się, jakie role powinna pełnić przestrzeń publiczna i które z nich można przypisać wybranym przez nas lokalizacjom. Pchli targ, sąsiedzka fiesta, konsultacje społeczne, festiwal teatrów ulicznych – a to wszystko na Paryskiej – takie pomysły były produktem ostatniej części warsztatów.

Mieszkasz na Saskiej Kępie? Interesuje Cię to, co się tam dzieje?
Zajrzyj:

http://www.kepacafe.blog.pl/


http://www.saskitrojkat.waw.pl/


http://www.saska.org.pl/

Katarzyna Kaczmarek

Rich o bogactwie

Brak komentarzy

Ten weekend przebiega pod hasłami „użycie” i „nadużycie” – a wszystko w odniesieniu do przestrzeni miejskiej. Sesję zapoczątkowało wczorajsze wystąpienie Damona Rich’a – artysty i projektanta, założyciela Center for Urban Pedagogy. Damon wygłosił wykład „City Destroyed by Cash”.

Projektant opowiedział o swoich dotychczasowych obserwacjach i przeprowadzanych akacjach. Szczegółowo przedstawił projekt „Survival 3000”, który realizował z uczniami liceum dwa lata temu. Wtedy zaproponował młodzieży przeniesienie się w przyszłość, w której zniszczone zostało wszystko, co ludzkość budowała przez wieki. Przy okazji zniknęły też normy społeczne i więzi łączące ludzi. Grupa miała za zadanie stworzyć nowe społeczeństwo, określić panujące w nim zasady i przygotować przestrzeń do życia, składającą się głównie z drewna, opon samochodowych, dywanów i poduszek.

Jako artysta, Damon jest przekonany, że budynków nie powinno się oceniać mianem ładnych lub brzydkich. Budynki nie mają naturalnej formy, nie można dyskutować o nich w odniesieniu do czegoś pierwotnego i podstawowego. – To twory ludzkiej kreatywności – mówił wczoraj. Jego zdaniem, każdy – bez względu na wykonywany zawód – jest specjalistą od budownictwa, ponieważ używa przestrzeni i w niej funkcjonuje. Damon pokazywał również nadużycia, takie jak polityczne procesy, które kształtują środowisko życia mieszkańców, śledził obieg śmieci w metropoliach, nawiązywał do istnienia dzielnic bogactwa i biedy, sprawdzał, gdzie lokują swoje siedziby różne instytucje i jaki to ma wpływ na życie mieszkańców.

Magdalena Szaciłło

Jak reklamować mądrze, nie zaśmiecając miasta? Czy Warszawie uda się wyjść obronną ręką z ulotkowo-bilbordowej inwazji? Zastanawiali się nad tym wczoraj uczestnicy warsztatów „AD SPACE”, prowadzonych przez Finna Williamsa (The Common Office, Londyn) i Filipa Tydena (Museum Studio, Sztokholm). Autorzy projektu rewitalizacji gablot reklamowych położonych obok Rotundy pokazali, jak szuka się alternatywy dla agresywnej reklamy zewnętrznej w miastach takich jak Londyn, Nowy Jork i Sao Paulo; opowiedzieli o tym, jakie cechy powinna mieć dobra, skuteczna i nieinwazyjna kampania.
Po części teoretycznej przyszedł czas na ćwiczenia: w grupach pracowaliśmy nad nieszablonowymi rozwiązaniami promocyjnymi dla mark PKO BP, Peri, Vatenfall i MSN. Okazało się, że zamiast zakrywać brzydkimi płachtami kolejne budynki można częściowo „upublicznić” Rotundę, ufundować Warszawie przenośną scenę widowiskową, ogrzać przystanki czy postawić rusztowania, które umożliwią mieszkańcom obejrzenie niedostępnych im dotąd detali architektonicznych.
W Sali z Mozaiką obecni byli przedstawiciele stowarzyszenia MiastoMojeAwNim, które walczy z natłokiem ogłoszeń w polskich miastach. Jego działaniom możecie przyjrzeć się po wejściu na stronę
http://miastomojeawnim.pl/

Katarzyna Kaczmarek

Przedstawiciele Forum Rozwoju Warszawy zwieńczyli prowadzone przez siebie warsztaty „Partycypacja społeczna w planowaniu przestrzennym Warszawy” wczorajszą debatą pod tym samym tytułem. Celem warsztatów było przekazanie wiedzy na temat metod partycypacji i zachęcenie mieszkańców do brania udziału w projektowaniu Warszawy. Na case study wybrano ul. Świętokrzyską. Uczestnicy podzieleni na grupy projektowali trakt od nowa, z uwzględnieniem potrzeb współczesnych mieszkańców a prezentacja ich prac stała się przyczynkiem do wczorajszej dyskusji na temat roli ulic w centrum Warszawy.

Uczestnicy warsztatów Forum Rozwoju Warszawy najchętniej widzieliby Świętokrzyską jako ulicę o dość ograniczonym ruchu pojazdów osobowych, za to z dobrze rozwiniętą komunikacją zbiorową i rowerową. Marzyłaby się im również zróżnicowana zieleń, zatoczki z ławkami i meandrujące ścieżki rowerowe.

Niezrażony wyświetlanymi za jego plecami szpecącymi elementami architektonicznymi i lokalnymi zaniedbaniami przy ul. Świętokrzyskiej wiceprezydent Warszawy Jacek Wojciechowicz powiedział, że można by zrobić tyle samo zdjęć ilustrujących dobre rozwiązania w tej części miasta.  - Bałagan, który odziedziczyliśmy, jest sukcesywnie porządkowany, ale wszystkich mankamentów nie usuniemy w krótkim czasie – mówił. Wyliczał prowadzone równolegle spektakularne projekty (jak druga i trzecia linia metra), remonty (m.in. zakończony remont Alei Ujazdowskich) i konkursy (jak ten na Plac Trzech Krzyży).

Stefan Maciąg z widowni panelu mówił o rodzącym problemy braku określenia strefy pieszej w Warszawie. Negatywnie oceniał również prace uczestników warsztatów. – Zaproponowano parkingi w strefie pieszej a te ściągają ruch kołowy w daną lokalizację. To sprzeczność i coraz większa fragmentaryzacja miasta – twierdził. Z kolei prof. Wojciech Suchorzewski przekonywał, że najbardziej cywilizowane miasta szukają równowagi między interesem pieszego, rowerzysty, kierowcy, dostawcy. – Nie umiałbym znaleźć rozwiązania dla sytuacji, gdy Świętokrzyska byłaby wyłączona z ruchu samochodowego – mówił. Taka opinia profesora spotkała się z polemiką siedzącego na widowni Adama Fularza, który ocenił rzecz następująco: – Proszę państwa, państwo mieszkają na parkingu.

Architekt Krzysztof Domaradzki stwierdził, że ulicy nie można traktować jako korytarza między budynkami. Jego zdaniem, niezbędne w projektowaniu jest szersze spojrzenie i traktowanie traktu jako części konkretnego miasta. – Wszyscy szukają czegoś oryginalnego a nie warszawskości. Ulica ma przecież charakter, ma tradycję i formę, znajdują się przy niej ważne gmachy. Świętokrzyska to ulica wielkomiejska i taki powinna mieć charakter – podsumował Domaradzki.

Kolejny reprezentant gremium architektów, Grzegorz Buczek, zauważył, że dyskusja zeszła na tory oceniania prac uczestników warsztatów i przestała skupiać się na istocie partycypacji społecznej. Dla architekta najważniejszy był fakt, że osoby biorące udział w projekcie Forum Rozwoju Warszawy mogły poznać mechanizmy rządzące projektowaniem przestrzeni publicznej. – Chcę pogratulować inicjatorom warsztatów za trud edukacyjny, którego się podjęli – kończył Buczek.

Magdalena Szaciłło

Wyniki konkursów architektonicznych na warszawskie realizacje to temat od zawsze budzący spore kontrowersje, co udowodnili wczoraj uczestnicy panelu dyskusyjnego prowadzonego przez Monikę Komorowską i Macieja Czeredysa.

Politolożka Natalia Romik już na wstępie zaznaczyła, że twórcy polskich konkursów architektonicznych nie myślą interdyscyplinarnie.  Z kolei Aleksandra Targońska, niezależna architekt, broniła idei rywalizacji architektów, podkreślając, że wyniki konkursów odbijają się szerokim echem w lokalnych społecznościach oraz leżą u podstaw ciekawych debat i pogłębiania wiedzy na temat projektowania przestrzeni publicznej.

Spory wywołuje kwestia nagradzania w konkursach. Często architekci nie odzyskują środków, które zainwestowali w wykonanie danego projektu. Finansują go z własnej kieszeni i upubliczniają pieczołowicie wypracowane rozwiązania. Bywa i tak, że twórcy konkursów nie przewidują żadnych korzyści materialnych nawet dla zwycięzców. – Tam, gdzie nie przyznaje się nagród, konkursy przeważnie kończą się porażką. O sukcesie można mówić wtedy, gdy na konkurs nadsyłanych jest wiele prac, które reprezentują wysoki poziom – oceniał architekt Grzegorz Stiasny. Dodał, że dużo większy plon przynosi rywalizacja, w której architektom stawia się jak najmniejsze wymagania. – Im bardziej konkurs jest otwarty, tym dla niego lepiej – podsumował.

Tomasz Andryszczyk z Urzędu m.st. Warszawy zauważył, że z konkursami architektonicznymi jest jak z demokracją – podobnie jak ona nie są doskonałe, ale nikt nie wymyślił nic lepszego. Tożsamą opinię przedstawił Marcel Andino Velez z Muzeum Sztuki Nowoczesnej. – Najgorętsza debata w Warszawie toczy się wokół tego, do kogo należy przestrzeń między budynkami – ocenił Marcel. Przedstawiciel Ratusza przyznał, że najwięcej protestów społecznych budzą właśnie propozycje na przestrzeń publiczną.

Aleksandra Targońska zapewniała, że nie chodzi tylko o to, by wygrać konkurs. Istotne jest to, by nie uczestniczyć w nim z poczuciem frustracji, jak to ma miejsce, gdy istotne warunki są modyfikowane w czasie jego trwania. Architekci mogą czuć się rozgoryczeni, ponieważ – jak wynika z badań przeprowadzanych przez Natalię Romik – poświęcają konkursowym projektom 40% czasu pracy i przeważnie nie są wynagradzani za nadgodziny.

Zdaniem Ryszarda Malarskiego, zajmującego się inwestycjami architektonicznymi, konkursy powinny być przeprowadzane jedynie w wyjątkowych przypadkach, jako recepty na naprawę przestrzeni. Przepis Malarskiego na idealną rywalizację to konkurs otwarty, w którym architekci najpierw przedstawialiby swoje portfolio. Na tej podstawie wybieranych byłoby na przykład 10 z nich – ci rywalizowaliby projektowo, a każdy miałby zapewniony zwrot poniesionych kosztów.

Aleksandra Targońska idealnym nazwałaby taki konkurs, którego tematem byłaby podstawowa tkanka miasta – na przykład kamienica, traktowana z taką samą starannością projektową jak sztandarowe realizacje przestrzenne w stolicy. Tymczasem Grzegorz Stiasny najchętniej ogłaszałby konkursy na wszystko – począwszy od remontu ul. Emilii Plater.

Magdalena Szaciłło

Organizator „Sondażogadanin” – Michał Murawski, antropolog kultury badający relacje pomiędzy warszawiakami a Pałacem Kultury, prosi o wzięcie udziału w sondażu na temat Pałacu:

Wyniki przedstawi na spotkaniu „Sondażogadaniny” 28 października o 20.00

Kronika wypadków kulturalnych: Departament propozycji

Roman Pawłowski
2010-10-17, ostatnia aktualizacja 2010-10-17 17:42

Po co nam festiwale? To pytanie powraca coraz częściej w związku z falą festiwalizacji, która zalewa stołeczne życie kulturalne.

Roman Pawłowski

Fot. Sławomir Kamiński / AG

Roman Pawłowski
 
Tylko w ubiegłym tygodniu w Warszawie odbywało się równolegle osiem festiwali: dwa teatralne, dwa filmowe, po jednym bluesa, muzyki organowej i piosenki retro oraz tajemniczy Festiwal Stróżów Poranka, który wbrew nazwie nie jest przeglądem twórczości ochroniarzy i dozorców, ale muzyki chrześcijańskiej. Festiwali namnożyło się tyle, że traci sens ich wyjątkowy charakter, wszak festiwal pochodzi od łacińskiego festum – święta, a co to za święto, które obchodzi się codziennie.

Krytycy festiwali zarzucają, i słusznie, że zamiast kreować nowe, wyjątkowe wartości, pełnią one coraz częściej funkcję supermarketów kultury, w których wszędzie można dostać mniej więcej to samo. Ich główną rolą przestało być kreowanie dyskusji wokół jakichś problemów kultury, ale promocja miast i sponsorów. W dodatku festiwale często zubażają kulturę miasta, większość pieniędzy pochłaniają bowiem honoraria zagranicznych artystów, niewiele pozostaje na codzienną działalność lokalnych placówek kultury. To wszystko prawda, ale prawdą jest też, że formuła festiwalowa zmienia się na naszych oczach. Miejsce imprez opartych na biernej konsumpcji kultury zajmują festiwale krytyczne, które aktywizują odbiorców i wprowadzają do hierarchicznego życia kulturalnego elementy demokracji. Takim festiwalem jestWarszawa w Budowie – niewątpliwie jedna z najciekawszych imprez kulturalnych, jakie narodziły się w Warszawie w minionych 20 latach. Nie ma tu czerwonego dywanu, ekskluzywnych zaproszeń ani aury snobizmu. Większość imprez to wykłady, warsztaty i wycieczki związane z głównym tematem: projektowaniem miasta. Ideą imprezy jest angażowanie mieszkańców w budowę nowej Warszawy, dlatego odbiorcy są tu równie ważni co gwiazdy architektury.

Najlepiej widać to na spotkaniach z cyklu Departament Propozycji, które są przebojem festiwalu. Tłumy warszawian przychodzą do siedziby Muzeum Sztuki Nowoczesnej na Pańską, aby zgłaszać swoje pomysły na rozwój miasta. Byłem na spotkaniu poświęconym staraniom Warszawy o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury, podczas którego w ciągu dwóch godzin usłyszałem więcej konkretów niż na niejednej eksperckiej dyskusji. Przykłady? Inkubator dla młodych twórców Tłocznia, zapewniający minimum infrastruktury i mikrogranty na pierwsze prace. Wyznaczenie w mieście specjalnych stref, w których mogłoby rozwijać się życie klubowe (teraz ze względu na limity ciszy nocnej jest ono mocno ograniczone). Konkursy na zagospodarowanie pustostanów, które umożliwią wynajęcie za niski czynsz lokali komunalnych na klubokawiarnie, galerie czy drobne zakłady rzemieślnicze. Plac publiczny w centrum, przeznaczony na akcje społeczne, protesty, koncerty, spotkania. Do tych propozycji zgłosiłbym jeszcze jedną: aby Departament Propozycji działał nie tylko w czasie festiwalu, ale przez cały rok. Jeśli robić festiwale, to tylko takie.

Do czego ludziom potrzebna jest architektura

Dorota Jarecka
2010-10-18, ostatnia aktualizacja 2010-10-17 19:31

Tematy festiwalu Warszawa w Budowie to nie tylko sprawa lokalna, to pytanie o to, jakiej chcemy w Polsce nowoczesności – oficjalnej i obłożonej piaskowcem czy takiej, w której jest miejsce na spontaniczność i przypadek. Gościem festiwalu była Japonka Kazuyo Sejima, laureatka Pritzkera

We wtorek na zaproszenie Muzeum Sztuki Nowoczesnej do Warszawy przyjechała słynna japońska architekt Kazuyo Sejima, laureatka Nagrody Pritzkera. Laur, który ma status architektonicznego Nobla, otrzymała w maju razem ze swoim partnerem z biura SANAA w Tokio Ryue Nishizawą. 

Sejima dla około tysiąca osób wygłosiła wykład w Hotelu Europejskim. Zaprezentowała swoje projekty, m.in. Muzeum Sztuki XXI Wieku w Kanazawie i Rolex Learning Center w Lozannie. Wykład odbył się w ramach festiwalu Warszawa w Budowie. 
 
Warszawa m.in. z tym właśnie festiwalem bierze udział w rywalizacji o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury. Pierwotnie miał to być festiwal designu, jednak MSN, któremu miasto w zeszłym roku powierzyło po raz pierwszy jego organizację, dzięki pracy trójki kuratorów – Any Janevski, Sebastiana Cichockiego i Tomasza Fudali – stworzyło wydarzenie nowego typu. Polega nie tylko na tradycyjnych wystawach, ale także na dyskusjach o mieście. 

Już wtedy miało ono szczególne ostrze – odbyło się kilka bardzo dobrych wystaw, m.in. poświęcona designowi i wtopiona w handlową ekspozycję Domu Meblowego „Emilia”. Jednak sercem festiwalu była debata. W cyklu spotkań nazwanych „Departament propozycji” każdy, kto się zgłosił, mógł opowiedzieć o swoim pomyśle dla Warszawy. Większość to byli entuzjaści, działacze organizacji pozarządowych. W tym roku prowadzony przez Magdę Mosiewicz „Departament propozycji” również jest w centrum festiwalu. 

Poszłam na pierwsze ze spotkań zatytułowane „Droga” – o tym, co zrobić z trasami szybkiego ruchu w mieście. Jaki to problem, widać kilka kroków od tymczasowej siedziby MSN, czyli na ul. Emilii Plater, gdzie zbudowano tylko dwa naziemne przejścia dla pieszych na odcinku liczącym ponad pół kilometra – choć te podziemne nie mają udogodnień dla wózków. Była giełda pomysłów, ale i ostry spór (np. o prawo do miasta także dla osób, które mają samochody). 

Następna otwarta rozmowa 21 października – o przyszłości miejskich bazarów. To z kolei pokłosie m.in. społecznej dyskusji po zburzeniu Stadionu Dziesięciolecia, kiedy razem z nim znikł wielonarodowy tygiel Jarmarku Europa. To nie tylko sprawa lokalna, ale także pytanie o to, jakiej chcemy dzisiaj w Polsce nowoczesności – oficjalnej i obłożonej piaskowcem czy takiej, w której jest miejsce na spontaniczność i przypadek. 

W tym roku festiwal obejmuje też wystawy, m.in. projektów Christiana Kereza dla MSN w Warszawie, a także fantastyczną „Przestrzeń między nami” w Pawilonie SARP poświęconą twórczości architekta Stanisława Zamecznika i przypominającą, jak niezwykła była nowoczesność w PRL-u. Zamecznik, wystawiennik i architekt, był autorem aranżacji przestrzennej ważnych wydarzeń jak polska wersja wystawy fotograficznej Edwarda Steichena „Family of Man” (1959) czy Pawilonu Węgla na Wystawie Ziem Odzyskanych (1948). Był też współautorem, razem z Oskarem Hansenem i Lechem Tomaszewskim, awangardowej, niestety niezrealizowanej, koncepcji rozbudowy warszawskiej Zachęty oraz pełnych fantazji i prostoty pawilonów na międzynarodowych targach. Obecna wystawa zaprojektowana przez syna artysty Piotra Zamecznika to przestrzeń dyskretnie nawiązująca do znakomitego wzoru. 

Jaki to ma związek z zażartą dyskusją o braku ścieżek rowerowych i zdychającej zieleni? Wielki. Z tej wystawy, a także np. z „Wystawy średnicowej” mówiącej o warszawskich dworcach autorstwa Arseniusza Romanowicza, możemy się dowiedzieć, że PRL to był może ostatni okres, kiedy architekci i urbaniści umieli tworzyć całościowe wizje i nie bali się ich. Odejście od modernizmu – jednoczesne z odejściem od komunizmu – poskutkowało w Polsce dziwną zapaścią. Budowanie miast jak żadna inna dziedzina sztuki wymaga koherentnego prawa, odpowiedzialnej władzy i przede wszystkim działania zespołowego. My w zespołach jesteśmy raczej słabi, wolimy konkurencje indywidualne. To w przestrzeni widać. Domy są ładne, bo są własne. Ulice byle jakie, bo są wspólne. 

W powojennej polskiej architekturze jest jeszcze masę do odkrycia. W Muzeum Techniki w PKiN w Warszawie można oglądać wystawę o polskich architektach, którzy w okresie PRL-u pracowali m.in. na Bliskim Wschodzie i w Afryce. A przy willi na Frascati 4, jedynej zachowanej przedwojennej budowli polskiego modernisty Karola Schayera, architekta, który w latach 50. i 60. zbudował nowoczesny Bejrut, pokaz poświęcony jego twórczości. Festiwal trwa do 31 października. Program na: warszawawbudowie.pl. 

Rozmowa z Kazuyo Sejimą

Dorota Jarecka: Zaprojektowała pani wiele muzeów. To świadomy wybór? 

Kazuyo Sejima: Nie, po prostu nasze projekty najczęściej zaczynają się od konkursów i tak się złożyło, że wygrywaliśmy konkursy na muzea. Muzea są ciekawe, ale ja wolę nie koncentrować się na jednym typie budynków. Nie chciałabym projektować tylko domów, tylko szkół i tylko muzeów. 

Budynki zaprojektowane przez SANAA są bardzo zmysłowe, dają dużą przyjemność przebywającym w nim ludziom. Jak uzyskuje się taki efekt? 

- Architektura to przede wszystkim przestrzeń dla ludzi, dlatego najważniejsze jest dla nas wnętrze i jego relacja z otoczeniem. Dbamy o to, by ludzie mogli się czuć we wnętrzu tak swobodnie jak na zewnątrz, a na zewnątrz tak bezpiecznie jak we wnętrzu. Chodzi o pewien oddech, o przestrzeń „pomiędzy”. Jeśli to jest muzeum, staramy się zaburzyć różnicę między ulicą a galerią. Nowojorskie New Museum z perspektywy miasta to po prostu wielkie pudełko czy raczej kilka pudełek ułożonych jedno na drugim. Jednak kiedy człowiek się do niego zbliża, ma szansę zobaczyć trochę z tego, co się dzieje we wnętrzu. A będąc w środku, może wyjść na taras i podziwiać widok miasta, ale z tarasu może też oglądać prace pokazane na wystawie. 

Najważniejsze jest myślenie o ludziach. Ja, zaczynając projektowanie budynku, najpierw wyobrażam sobie osobę w jego wnętrzu, a dopiero potem ten budynek w otoczeniu.

Który z własnych budynków najbardziej pani lubi? 

- Zawsze ten, który akurat projektuję, wydaje mi się najbardziej interesujący. A w tej chwili pracuję nad niewielkim muzeum w Japonii oraz towarzyszącym mu lokalnym centrum kulturalnym. 

Mój pierwszy bydynek to był mały dom weekendowy w Japonii. Byłam z niego zadowolona. Kiedy go projektowałam, japońska gospodarka kwitła, wiele osób i firm budowało takie domy. Potem ekonomia poszła w dół i nie wiem nawet, czy dom jest ciągle używany.

W tym roku jest pani kuratorem największej architektonicznej wystawy na świecie – 12. Międzynarodowego Biennale Architektury w Wenecji. Wystawie dała pani tytuł „Ludzie spotykają się w architekturze”. Dlaczego? 

- Bo wywołuje pozytywne uczucia. I ma wiele niuansów. Ludzie spotykają architekturę, ale w architekturze spotykają się z innymi ludźmi. Również architektura w jakiś sposób spotyka ludzi, wchodzi im naprzeciw. Każdy architekt myśli o swojej pracy trochę inaczej, dla mnie najważniejsze jest to, w jaki sposób architektura odnosi się do ludzi, jak używają oni przestrzeni. Po skończeniu budynku jestem szczęśliwa, jeśli daje on wiele możliwości, kiedy może być używany na różne sposoby. Nie chcę narzucać jednego modelu zachowania.

W ciągu ostatnich piętnastu lat zmienił się sposób komunikacji. Posługujemy się nową technologią, kontakty odbywają się w przestrzeni wirtualnej. Tymczasem architektura to jest przestrzeń fizyczna, która wciąż jest potrzebna ludziom, by mogli się ze sobą komunikować. Dla mnie to przestrzeń najważniejsza. 

Źródło: Gazeta Wyborcza

Więcej… 
http://wyborcza.pl/1,75475,8525962,Do_czego_ludziom_potrzebna_jest_architektura.html#ixzz12p9qtTSo

Nowa Wawa w WWAA

Brak komentarzy

Wczorajsza wycieczka do pracowni architektonicznej WWAA była okazją do przyjrzenia się, jak od podszewki wygląda projektowanie wnętrz i budynków. Uczestnicy, którymi opiekowała się Monika Komorowska, mieli możliwość obejrzenia makiet i wizualizacji koncepcji autorstwa Marcina Mostafy, Natalii Paszkowskiej i ich współpracowników.
Młodzi architekci z zaangażowaniem i szczerością opowiedzieli o tym, jak powstał słynny pawilon polski na Światową Wystawę EXPO 2010 w Szanghaju, ile osób zwraca się do nich, bo chce wybudować jego kopię, i co było potem - zrealizowane marzenie o własnej pracowni, kolejne zlecenia.
Sporo czasu zwiedzający siedzibę WWAA przy ul. Mińskiej poświęcili na zapoznanie się z najnowszym projektem zespołu Paszkowskiej i Mostafy – nowej siedzibie Służewieckiego Domowi Kultury. Większość pomieszczeń wkomponowanego w przestrzeń Dolinki Służewieckiej (po której jeszcze w latach 70. pasły się krowy) budynku architekci usytuowali pod ziemią, materiały i rozwiązania zastosowane w tym projekcie mają za zadanie oswajać dzieci z zasadami ekologicznego stylu życia.
Czy taka będzie nowa Warszawa? Czy WWAA wywoła modę, która zapełni miasto obiektami z materiałów odnawialnych? Śledźcie informacje na stronie pracowni:
http://www.wwaa.pl/

Katarzyna Kaczmarek


  • RSS